Przy wygłaszaniu laudacji został zachowany także parytet (czyli najpierw chłopczyk, potem dziewczynka i chłopczyk oraz na koniec dziewczynka). Jak zwykle taką uroczystość musiała okrasić sztuka - postanowiono sięgnąć do bardów lat 80. Ale, aby było prorodzinnie zaproszono kuzynkę owego barda, aby odśpiewała, skądinąd bardzo mądrą balladę.
Oto na scenie pojawia się piękna dziewoja o długich nogach, w bardzo pięknej sukni i w perfekcyjnym makijażu. Głos ma bardzo dobrze wyszkolony, pięknie osadzony o głębokiej barwie i dużej skali. Do niczego nie powinnam się czepić. Jednak trudno mi było uwierzyć, aby tekst o zakończeniu wojny, gdy „ścichł wrzask szczęk i śpiew, z ust wypluwam lepki piach” był osadzony w doświadczeniu owej pięknej dziewoi. Zwłaszcza, że jeszcze w uszach brzmią mi koncerty owego barda, jego zachrypnięty głos i twarz mężczyzny, w którego rysach można było zobaczyć mądrość „jako zwykło zsyłać doświadczenie”.
A z drugiej strony….
Rozumiem Daniela Passenta piszącego, że woli iść do lekarza, który jest synem i wnukiem lekarzy, bo tak sugeruje w swoim ostatnim felietonie w tygodniku „Polityka”, czy prawnika z rodziny prawniczej. Ja także wolę korzystać z rękodzieła kolejnych pokoleń rzemieślników. Tyle, że, jak mawiała śp. prof. Maria Kaniewska, moja wykładowczyni z łódzkiej szkoły filmowej, talent jest niedziedziczny, a sztuka - niesprawiedliwa.
