Ale co tak naprawdę z tego wynika? Bo przecież brak ciekawości drugiego człowieka to początek ignorancji, która może być początkiem odbierania tożsamości. A potem się dziwimy, że pojawiają się tłumy "dresiarzy" przekonanych, że tylko ich punkt widzenia jest słuszny - w końcu nie znają innego.
Moim zdaniem jest w tym trochę hipokryzji i ignorancji. Bo tolerancja, na którą powołują się zwolennicy „season’s greetings”, to przecież poznanie zrozumienie i zaakceptowanie, a nie udawanie, że wszyscy jesteśmy tacy sami i można przykryć cienkim, szarym suknem „season’s greetings” kolorowe różnice kultur czy obrządków.
Bardzo bym chciała w tym roku zobaczyć kolorowych Świętych Mikołajów, Gwiazdorów czy Śnieżynki albo też światełko Hanukkah. Jestem jednak przekonana, że na dużym parapecie, na którym ustawiam wszystkie pocztówki, które otrzymują znów zagoszczą jednakowe „season’s greetings”.
Ale z drugiej strony….
Każda powstająca religia anektowała święta poprzednich obrządków. Zwłaszcza poprzedników, aby zatrzeć je w pamięci wyznawców. I tak dni przesilenia wiosennego czy równonocy znalazły się pod postacią świąt Wielkanocnych czy Bożego Narodzenia. Świętych i Bogów też przecież sobie adoptowano – Rzym zabierał Grecji, a w chrześcijaństwie Matka Boża jest następczynią egipskiej Izydy. A więc może rzeczywiście uprawnione jest to ”season’s greetings”?
